pani od dobrostanu magda

Dobrostan, czyli nie taka świetlista bajka. Refleksyjnie o byciu w całości.

Dobrostan. Słowo, które coraz częściej gości na ustach specjalistów, terapeutów, twórców treści o rozwoju osobistym. Kojarzy się z harmonią, spokojem, zadowoleniem. Z byciem w zgodzie ze sobą. Ale czym tak naprawdę jest? Tak na co dzień. Bez idealnych filtrów i gotowych cytatów z Pinteresta.

Czy dobrostan to stan permanentnej łagodności? Bycia spokojną, akceptującą, uśmiechniętą? Piękną, świetlistą, kochającą cały świat i siebie w nim? Cóż… Nie o tym ta historia.

Etymologicznie rzecz ujmując, dobrostan to po prostu „dobry stan”. Jednak w praktyce — nie chodzi o stan przyjemny, lecz pełny. Dobrostan nie polega na tym, że czujesz się dobrze przez większość czasu, lecz na tym, że jesteś w stanie doświadczać — zarówno tego, co komfortowe, jak i tego, co chcesz natychmiast od siebie odepchnąć.

Tu właśnie pojawia się pierwsza pułapka: utożsamianie dobrostanu z permanentną radością. Jakby życiowy komfort był dowodem osobistym osoby dojrzałej. Tymczasem — uwaga, paradoks — zdolność do życia w dobrostanie często oznacza gotowość do odczuwania dyskomfortu. Nie tego który znosisz z wyrazem niezadowolenia czy frustracji szukając natychmiastowej ulgi. Tylko do świadomego pozwolenia sobie na odczuwanie emocji takich jak: smutek, złość, lęk. Często do wytrzymania chwili „nie wiem”, bez natychmiastowego zakładania zbroi logicznego wytłumaczenia lub ucieczki od niewygody.

Emocje — nasi wewnętrzni informatorzy

Nie przez przypadek ewolucja wyposażyła nas głównie w emocje, które bynajmniej nie służą relaksowi: strach, złość, smutek, obrzydzenie. I jedną malutką radość. Nie po to, żeby było nam ciężko — tylko dlatego, że te emocje mówią coś ważnego. Są wewnętrznymi informatorami. Mają konkretne funkcje adaptacyjne: ostrzegają, chronią, porządkują. A co robimy my? Najczęściej próbujemy je uciszyć. Przeklikać. Zneutralizować.

Tymczasem wypieranie emocji nie kasuje ich działania — tylko przenosi je do podziemia. A tam, jak wiemy z filmów sensacyjnych, robi się niebezpiecznie. Niewyrażona złość zamienia się w pasywno- agresywną ironię. Nieprzeżyty smutek w chroniczne zmęczenie. Przemilczany lęk w kontrolujące mechanizmy. A potem zastanawiamy się, dlaczego nie umiemy odczuwać radości, skoro „mamy
wszystko”. Kiedy kasujemy jedną cześć doświadczenia emocji, blednie również druga. Wtedy radość i wdzięczność bywają puste jak echo w pustym słoiku.

Dobrostan nie jest również o tym, jak się prezentujemy, ale o tym, jak się naprawdę mamy.

blog dobrostan czyli nie taka swietlista bajka

Dobrostan czy dobrze się prezentujesz?

Tu dochodzimy do kolejnego ważnego punktu. Współczesny nurt kulturowy uczy nas, że dobrostan to stan, który da się osiągnąć – a najlepiej sfotografować. To estetyczna wersja życia: jasne wnętrza, joga o poranku, zdrowe smoothie i pastelowe hygge. Dobrostan stał się estetyczną etykietką. Kolejnym produktem do nabycia.

W tej wersji szczęście jest obowiązkiem, a wszystko, co nie mieści się w kadrze – zmęczenie, wątpliwości, niepokój – to oznaka porażki. Ale to ślepa uliczka. Dobrostan nie jest tym samym, co stałe poczucie szczęścia. Wręcz przeciwnie – to gotowość do bycia ze sobą, niezależnie od tego, co się we mnie właśnie dzieje. To wewnętrzna integralność, nie fasada.

Tymczasem w świecie, który stawia na pozory i tempo, łatwo się zagubić. Bo skoro wszystko wygląda pięknie, a we mnie coś boli – to znaczy, że „coś jest nie tak ze mną”. I tu zaczyna się prawdziwe cierpienie. Dlatego tak ważne jest, by odczarować ten mit.

Całościowo, czyli z czułością na nieidealność

Dobrostan to akt odwagi. To gotowość do bycia w całości — nie tylko z tym, co inspiruje, ale też z tym, co nas drażni, męczy, wstydzi. To zdolność do bycia ze sobą bez przemocy. Do zaakceptowania, że nie każda część nas świeci. Niektóre są zmęczone, brudne, bez makijażu i z pytaniami, których nikt nie chce zadać przy kolacji.

W świecie, który premiuje szybkość, efektywność i „zarządzanie emocjami” (cokolwiek to znaczy), dobrostan może wydawać się ruchem oporu. Przypomina trochę czytanie książki w czasach scrollowania. Albo wybór rozmowy, zamiast wysłania GIF-a.

Ale właśnie tu — w prostocie, obecności, spowolnieniu — pojawia się szansa na odzyskanie kontaktu z czymś głębszym. Z miejscem, w którym nie musimy udawać, że wiemy. Nie musimy być piękni i funkcjonalni. Możemy po prostu być.

Transformująca rola relacji coachingowej

I tu dochodzimy do punktu, który bywa pomijany, choć jest niemal mistyczny w swojej sile: czyjeś życzliwe, uważne towarzyszenie.

Prawdziwa zmiana nie dzieje się w izolacji. Potrzebujemy drugiego człowieka – nie po to, by nas uratował, ale by pomógł nam zobaczyć więcej, niż jesteśmy w stanie dostrzec sami. Coach wnosi coś więcej niż tylko obecność. Tworzy przestrzeń, w której możesz nie tylko odkrywać, ale i poszerzać – perspektywy, wybory, sposoby reagowania.

To ktoś, kto trzyma ramy, gdy Ty eksplorujesz to, co niejasne. Kto zadaje pytania, które wytrącają z utartych schematów. Kto widzi w Tobie potencjał, zanim Ty sam go nazwiesz. To dzięki takiej relacji powstaje miejsce, w którym można bezpiecznie się zatrzymać, nie wiedzieć, poczuć, przekroczyć stare ograniczenia – i zobaczyć nowe możliwości.

To nie tylko „dzięki, że jesteś”, ale: „dzięki Tobie widzę dalej”.

Zakończenie? Może niech będzie takie:
Dobrostan to nie historia z morałem. To raczej proces z człowiekiem w środku — i drugim człowiekiem obok.

Jeśli chcesz, mogę stanąć przy Tobie.

PROCES INDYWIDUALNYBEZPŁATNA KONSULTACJA

Poczytaj inne wpisy